Szafki szkolne i duchy

Miałem za sobą całodniową podróż, a teraz czekała mnie jeszcze cała noc za kółkiem. Zbyt długo zabawiłem z rodziną nad oceanem, a rano, wymyty i odświeżony, musiałem stawić się u mojego pracodawcy w gabinecie. Jechałem krętymi, górskimi szosami, oświetlonymi jedynie blaskiem pełnego księżyca i światłami mojego auta. Za którymś zakrętem ujrzałem stojące przy drodze bryły domów. Po chwili szosa zmieniła się w miasteczkową ulicę, wzdłuż której ciągnęły się ciemne zarysy budynków. Ani jedna latarnia nie oświetlała tego miejsca.


Zrobiło mi się nieswojo. Byłem jednak tak zmęczony, że wypiłbym kawę nawet w piekle.

Zatrzymałem auto i postanowiłem poszukać jakiegoś hotelu z działającym w nocy barem. Wszedłem w pierwszą poprzeczną uliczkę i ruszyłem pod górę. Wciąż miałem wrażenie, że coś z tym miasteczkiem nie jest w porządku. Było zupełnie cicho, żaden odgłos życia nie docierał do moich uszu. Żeby dodać sobie odwagi, pomyślałem, że w takich miasteczkach, w których czas płynie sennie i leniwie, tak właśnie wygląda noc. Nagle, na niewielkim wzniesieniu, wyrósł przede mną piętrowy budynek z otwartymi na całą szerokość drzwiami. Z wnętrza dochodził gwar głosów, szuranie butami i głośny śmiech. Nareszcie jakieś życie, szepnąłem do siebie.

Wszedłem do środka. Na lewo i prawo ode mnie biegł długi, wąski korytarz, rozjaśniony zimnym światłem promieniującym z sufitu. Wzdłuż jednej ściany korytarza ciągnął się rząd stalowych pojemników przypominających szafki ubraniowe w szkole mojej córki. Te szafki ubraniowe miały na drzwiczkach różnokolorowe, błyszczące przyciski. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ten gwarny przed chwilą korytarz jest cichy i pusty. Podszedłem do pierwszej z brzegu szafki i oparłem się o nią plecami. Przy okazji, niechcący, wcisnąłem czerwony przycisk. Zapraszamy do środka, zabrzmiał nad moją głową czyjś uprzejmy głos. Korytarz nagle ożył. Wszystkie szafki szkolne oderwały się od ściany i, sunąc bezgłośnie po podłodze, utworzyły wokół mnie zwarty krąg. Przestraszyłem się nie na żarty. Drzwiczki z czerwonym przyciskiem otworzyły się, a ze środka wysunęła się uczennica w szkolnym fartuszku. Miała twarz starca i złośliwy uśmiech na ustach. Zapraszamy do środka, powtórzyła. Otaczające mnie szafki szkolne w napięciu czekały na to, co zrobię. Tak mi się przynajmniej zdawało. Po chwili zastanowienia puknąłem się w czoło. Przecież to zwykłe szafki ubraniowe, czego tu się bać? Dziękuję, odpowiedziałem uczennicy, lecz nie mogę skorzystać z zaproszenia, spieszę się i muszę już jechać. Szafki szkolne zbliżyły się do mnie, zacieśniając krąg. Proszę chociaż zajrzeć do środka, powiedziała przymilnie uczennica. Już chciałem spełnić jej prośbę, gdy inny, szorstki głos przestrzegł mnie przed tym. Szafki szkolne zaskrzypiały i rozsunęły się, robiąc przejście kobiecie z kubłem, ścierką i szczotką w rękach. Znowu straszycie ludzi, krzyknęła rozzłoszczona kobieta, marsz mi na swoje miejsca. Przepraszam pana, zwróciła się do mnie, zabierając się do mycia korytarza. Skaranie z tymi duchami. Kiedyś tu była pełna życia szkoła, wciąż się coś działo. Lecz kiedy na miasteczko osunęła się lawina i wszystkich pogrzebała, bardzo się nudzą. Rzadko mają okazję kogoś postraszyć.