Googluję

Język jest w ruchu – tu prawda oczywista, od lat wpajana studentom filologii, dziennikarstwa, reklamy. Weźmy na ten przykład słownictwo w języku polskim.

Musi nadążać za życiem, które niesie zmiany. Trzeba nazywać nową rzeczywistość, nowe urządzenia, zjawiska, czynności.

Bo chociażby. Jak nazywa się ten, kto korzysta z Internetu? Internauta. Co robi internauta, korzystając z wyszukiwarki Google? Googluje.

Googluję codziennie, jak tylko czegoś nie wiem – to moja podstawowa, podręczna encyklopedia, bardzo wygodna w użyciu. Jak chcę kupić książkę, to wchodzę w wyszukiwarkę Google, wpisuję autora i tytuł i wyświetlają mi się na liście wyników księgarnie internetowe, w których bez ruszania się z domu mogę kupić tę książkę. Jak chcę się dowiedzieć, jakie spektakle teatralne w danym terminie będą grane w stolicy, to też Googluję: ba, nawet mogę wysłać maila z rezerwacją do danego teatru i dostanę odpowiedź na swoją skrzynkę e-mailową. Jak potrzebuję zrobić sobie pedicure, to wpisuję w Google frazę pedicure Warszawa i znajduję pełną listę wyników, wchodzę na stronę www wybranego salonu fryzjerskiego i sprawdzam, czy mi odpowiada standard, czy ceny są do zaakceptowania. No i żeby było mi po drodze. A może znajdę jakieś happy hours ze sporym rabatem. Oczywiście, mogę wpisać także np. frazę salon fryzjerski Warszawa czy fryzjer Warszawa, ale wtedy muszę szukać po zakładkach danej strony usług związanych z pielęgnacją stóp.

Owo googlowanie dotyczy każdej dziedziny życia i wszędzie – w pracy, w domu. Od lat już nie korzystam przy wyszukiwaniu z wydawnictw książkowych typu Panorama Firm. Po pierwsze: mniej wygodne, po drugie: takie wydawnictwo trzeba po prostu mieć, po trzecie: zmiany następują tak szybko, że informacja wydana parę miesięcy temu bywa już nieaktualna. Cóż, googlowanie po prostu górą.